| | | | | | |  | | PIENINY 24 | | Twój serwis pieniński |
|
| |
| |

Dawid Lasociński

przełom Dunajca widziany z Sokolicy
Nie wiem, co bardziej spowalniało mój marsz - droga biegnąca raz w górę, raz w dół czy piękne panoramy otwierające się na każdym zakręcie...
Po raz pierwszy wybrałem się sam na górskie szlaki, i to w dodatku tam, gdzie nigdy jeszcze nie byłem - w Pieniny. Marzył mi się nocleg w schronisku, więc zarezerwowałem pokój w Trzech Koronach w Sromowcach Niżnych. Nie zniechęciły mnie nawet ceny, dwa razy wyższe niż w dobrej kwaterze agroturystycznej. Niestety, na miejscu okazało się, że cały obiekt zajęła duża grupa i kierownik znalazł dla mnie nocleg we wsi (bardzo przyzwoity pokój z łazienką i przylegającym doń dużym tarasem, z którego mogłem podziwiać majestatyczne szczyty Trzech Koron).
Same Sromowce, choć ciche i spokojne, zatraciły swój dawny charakter - na miejscu chałup wyrosły murowane domy bez wyrazu, jakie można spotkać wszędzie. Drewniany kościół św. Katarzyny z XVI w., od lat nieużywany, zmienił się niemal w ruinę. Na szczęście jest teraz remontowany i miejmy nadzieję, że nie skończy się tylko na pokryciu dachu nowym gontem. W roku 2006, po prawie stu latach starań, Sromowce Niżne i leżący po słowackiej stronie Dunajca Czerwony Klasztor połączyła nowoczesna kładka dla pieszych i rowerzystów - podwieszono ją na linach zamocowanych na wysokim na 26 m pylonie.
Skręciłem z kładki w lewo i wkrótce dotarłem do klasztoru, od którego nazwę wzięła pobliska wieś. Obronny mur otacza budynki kryte czerwoną dachówką (całość najlepiej podziwiać z góry, np. z Trzech Koron). Kompleks wybudowano w XIV w. dla kartuzów, którzy przebywali tu do połowy XVI w. Obecny barokowy kształt nadali mu kameduli sprowadzeni w 1711 r. Do dziś krążą na wpół legendarne opowieści o żyjącym w owych czasach bracie Cyprianie, który nie tylko świetnie znał się na leczeniu, ale też potrafił na skonstruowanej przez siebie lotni przelecieć z Trzech Koron na dziedziniec klasztorny. Ponoć gdy przelatywał nad Morskim Okiem, został zamieniony w górę, która od tej pory nosi nazwę Mnich. Pewne jest natomiast, że posiadł sporą wiedzę botaniczną, o czym świadczy jego zielnik (przechowywany w muzeum w Łomnicy Tatrzańskiej).
Mnichów nie ma w Czerwonym Klasztorze od 1780 r. (kiedy to cesarz Józef II rozwiązał wszystkie zakony), obecnie ma tu siedzibę dyrekcja Słowackiego Pienińskiego Parku Narodowego. Można też zwiedzić niewielkie muzeum gromadzące zbiory etnograficzne i farmaceutyczne. Najcenniejszym zabytkiem jest kościół św. Antoniego, który zachował swój pierwotny, gotycki charakter.
Nazajutrz wcześnie rano wyruszyłem w góry z zamiarem zdobycia najbardziej popularnych szczytów Pienin - Trzech Koron (982 m n.p.m.) i Sokolicy (747 m). Kierując się żółtym szlakiem, dość szybko dotarłem do Wąwozu Szopczańskiego. Szedłem sam, w ciszy potęgowanej przez zalegającą grubymi warstwami mgłę. Jednak nie było mi dane zbyt długo cieszyć się spokojem. Na przełęczy Szopka (780 m) powitały mnie promienie słoneczne i... duża grupa młodzieży szkolnej wspinającej się od strony Krościenka. Na szczęście szliśmy w przeciwnych kierunkach! Później minęły mnie jeszcze trzy wycieczki - zrozumiałem, że na samotność nie mogę liczyć.
Na Sokolicę postanowiłem wspiąć się niezbyt popularnym zielonym szlakiem przez Czertezik. Na samym szczycie natknąłem się na kolejną wycieczkę, ale dzieci dość szybko zeszły w dół i mogłem do woli kontemplować rozległe widoki na dolinę Dunajca oraz podziwiać obfotografowaną przez wszystkich słynną karłowatą sosnę. Ta przyjemność nie jest bezpłatna - pan w budce przed galerią widokową pobiera opłaty za wstęp: 4 zł bilet normalny, 2 zł ulgowy (jeśli tego samego dnia zamierzamy wejść na Trzy Korony, zachowajmy bilet, wejdziemy z nim i na tamtejszą galerię).
Wracałem niezwykle malowniczym niebieskim szlakiem przez tzw. Sokolą Perć. Sam nie wiem, co bardziej spowalniało mój marsz - ścieżka biegnąca raz w górę, raz w dół czy piękne panoramy otwierające się prawie na każdym zakręcie. Karta aparatu szybko się zapełniała i gdy dotarłem na Bajków Groń (716 m n.p.m.), musiałem sięgnąć po nową. Spotkałem tam starszą gaździnę sprzedającą oscypki, maślankę i kompot (dałem się namówić na ten ostatni). Oddalając się w kierunku Trzech Koron, przez chwilę żałowałem, że nie zapytałem, jak wniosła na taką wysokość kilka baniek z napojami?
Od polany Wyrobek niebieski szlak pnie się ostro pod górę. Zanim dotarłem do Zamku Pienińskiego, musiałem kilka razy schodzić z drogi, by przepuścić kolejne wycieczki.
Niewiele zostało z najwyżej położonej polskiej warowni, prawdopodobnie wzniesionej przez Bolesława Wstydliwego w drugiej połowie XIII w. Nie ma też już chaty, którą zamieszkiwali pustelnicy opiekujący się grotą błogosławionej Kingi i prowadzący surowy tryb życia (m.in. sypiali w trumnie) - spłonęła w 1949 r. Pozostał piękny widok, cisza i spokój. Zjadłszy kanapki i nacieszywszy się urodą tego miejsca (przez 20 min nikt się nie pojawił), ruszyłem żwawo w kierunku Trzech Koron.
Przed samym szczytem - po okazaniu biletu - zostałem wpuszczony na platformę widokową. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by ją postawić w Parku Narodowym, ani kto wydał zezwolenie na stalową konstrukcję tak niepasującą do krajobrazu (wręcz go szpeci!). Na szczęście pocieszył mnie jeden z najpiękniejszych widoków, jakie dane mi było ujrzeć w życiu. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć, szczególnie jesienią, gdy lasy w dolinach stają się bajecznie kolorowe. Widać było nie tylko Sromowce i Czerwony Klasztor, ale także Jezioro Czorsztyńskie. Do Sromowców wróciłem zielonym szlakiem przez Polanę Kosarzyska. Jest to mniej ciekawa droga niż przez Wąwóz Szopczański, ale i mniej uczęszczana - schodząc, nie spotkałem żywego ducha.
***
Następny dzień przeznaczyłem na zwiedzenie Małych Pienin. Nazwa jest nieco myląca, ponieważ jest to najwyższe pasmo w Pieninach, natomiast mniej popularne niż Trzy Korony i Sokolica. Z niewielkiej miejscowości Jaworki, zamieszkanej niegdyś przez Łemków, można udać się do dwóch rezerwatów - wąwozu Homole i Białej Wody. Postanowiłem zacząć od tego drugiego.
W samych Jaworkach zachowało się sporo drewnianej zabudowy, a i nowo powstające domy nawiązują do tradycji. Warto zobaczyć ciekawy ikonostas oraz polichromie w pochodzącej z końca XVIII w. murowanej cerkwi (obecnie kościół katolicki).
Zostawiłem auto na ostatnim parkingu we wsi (godzina - 2 zł) i wśród otulającej cały świat mgły wyruszyłem w kierunku rezerwatu (poza sezonem nikt nie pobiera opłat za wstęp). Prawie bezludna dziś dolina Białej Wody przed wojną była dość gęsto zamieszkana, tutejsi Łemkowie zostali wysiedleni w ramach akcji "Wisła". Gdzieniegdzie można jeszcze dojrzeć obrysy domów i dziczejące sady. W każdym ważniejszym miejscu znajdują się świetne tablice informacyjne, dzięki którym moja wiedza z historii, geologii i przyrody znacznie się poszerzyła.
Fantazyjne kształty skał robią wrażenie zarówno gdy mijamy je, przechodząc obok, jak też gdy patrzymy na nie z góry. Dlatego warto wejść żółtym szlakiem ponad dolinę Białej Wody w kierunku przełęczy Rozdziela i spojrzeć z tej perspektywy na przebytą drogę. Na mnie największe wrażenie zrobiła Smolegowa Skała, której kształt przywodzi na myśl śpiącego dinozaura.
Na górze zamieniłem szlak żółty na niebieski i poszedłem wzdłuż słupków granicznych w kierunku Wysokiej. Droga nie była trudna, ale nie szedłem zbyt szybko - mgła wreszcie opadła, wyszło słońce i odsłoniły się piękne widoki. Co chwila sięgałem po aparat, by uwiecznić kolorowe lasy z prześwitującymi wśród drzew białymi ścianami skał wapiennych. Tak, jak sobie wymarzyłem, byłem w górach zupełnie sam, tylko od czasu do czasu mijali mnie inni samotni wędrowcy, niektórzy zatrzymywali się na chwilę, by zamienić kilka słów...
***
Wędrówka, choć niezbyt uciążliwa, zajęła mi tyle czasu, że nie wszedłem już na Wysoką, tylko zielonym szlakiem podążyłem w kierunku Jaworek. Schodziłem nieśpiesznie, bo jesienne trawy bywają zdradliwie śliskie i choć wędruję z kijkami, poślizgnąłem się i wylądowałem na plecach. Przed zejściem do wąwozu Homole na chwilę zboczyłem z trasy skuszony reklamą bacówki sprzedającej świeży bundz i oscypki. Niestety, tego pierwszego już nie było, a za niewielki kawałek oscypka bezzębny baca zażądał 15 zł. Cóż, specjalnie nadłożyłem drogi, więc z ciężkim sercem dokonałem zakupu.
Kusił mnie też obiad w karczmie nieopodal górnej stacji wyciągu, ale - z braku czasu - zawróciłem, by zielonym szlakiem ruszyć do wąwozu Homole. Bardzo byłem ciekaw, jak prezentuje się jedna z największych atrakcji Pienin.
Na początku było rzeczywiście pięknie, zachwycił mnie widok dużego stada owiec skubiącego trawę tuż pod malowniczymi skałami zwanymi Kamiennymi Księgami. Lecz już za chwilę czar prysł, gdy okazało się, że niemal cała droga przez wąwóz wyłożona jest stalowymi podkładami i mostkami. Może jest to trwała i bezpieczna konstrukcja, ale jakże szkodzi pięknu natury...
W minorowym nastroju zszedłem do Jaworek. Czujny właściciel parkingu precyzyjnie wyliczył czas mojego pobytu w górach - ale spuścił z ceny i jeszcze sympatycznie porozmawiał. Obiad zjadłem już w Szczawnicy w restauracji Halka przy ul. Głównej 2 (wygląd, obsługa i karta dań jak z późnego PRL, za to rzeczywiście tanio).
***
|


Urokowi jesieni w Pieninach ulegali już Matejko, Prus, Sienkiewicz. Przyjeżdżali do Szczawnicy nie tylko po to, aby napić się leczniczych wód. Kto raz tu był, nie zapomni wędrówki wzdłuż Dunajca o zmierzchu i mgieł unoszących się wtedy nad wodą. Ale przecież nie tylko artyści potrzebują zadumy...
***
Pieniny najbardziej lubię poza sezonem. W październiku i listopadzie nie jest tu już tak tłoczno, a widoki - najpiękniejsze. Nie trzeba czekać w długiej kolejce, aby wejść na Trzy Korony. Można w końcu odnaleźć to, po co wielu ludzi jeździ w góry: spokój. Niepowtarzalny klimat tych niewielkich gór dostrzegli już w 1828 r. Węgrzy - Józefina i Stefan Szalayowie. Kupili góralską wieś Szczawnicę i niewielkie urządzenia zdrojowe, dzięki którym Słowak Jan Kutschera butelkował tu od kilku lat wodę mineralną na sprzedaż. Szalayowie zarządzili odwierty nowych źródeł, poszerzyli stare ujęcia, powiększyli park i wybudowali obiekty uzdrowiskowe. Ich syn Józef Stefan zadbał o promocję, wydając w 1857 r. pierwszy przewodnik po Szczawnicy i "Album Szczawnicki" z własnymi rysunkami. Z jego inicjatywy odbył się też pierwszy spływ Dunajcem, przy muzyce góralskiej. Dwa z tryskających tu źródeł do dziś noszą imiona Stefan i Józefina na cześć rodziców Józefa Szalaya.
Tej jesieni zatrzymaliśmy się jednak w leżącym kilka kilometrów dalej Krościenku założonym przez Kazimierza Wielkiego. Przez 12 lat było połączone administracyjnie ze Szczawnicą, niezależność uzyskało w 1982 r.
W Krościenku nietrudno o nocleg. Nawet jeśli na płocie nie wisi tabliczka z napisem: "Wolne pokoje", warto zapukać i zapytać. W najgorszym wypadku, po krótkiej pogawędce, zostaniemy skierowani do sąsiada. Tak właśnie trafiliśmy do uroczego kamienno-drewnianego domu, z czujnym pudelkiem Brutusem i ciekawskimi kurami kręcącymi się po ogrodzie.
Krościenko wybraliśmy nie tylko z powodu tanich i przytulnych noclegów (poza sezonem od 20 zł za łóżko). Zdecydowało jego położenie - to najlepszy w tym regionie punkt wypadowy w góry. By znaleźć się na szlaku, nie trzeba nigdzie dojeżdżać busami. Chcesz wejść na Trzy Korony? - skręć z rynku w lewo. Znudziły ci się pienińskie wapienne pasma? - skręć w prawo na Lubań (już w Gorcach), a zobaczysz zupełnie inne widoki. W Krościenku bowiem przecinają się Pieniny, Gorce i Beskid Sądecki.
Zanim wyjdziemy na szlak, wpadnijmy na domowe lody w rynku. Podobno ich smak nie zmienił się od 30 lat i wciąż ten sam cukiernik przez szklane okienko podaje tradycyjne wafelki, z dokładnie odważonymi na specjalnej wadze porcjami. Do wyboru - kakaowe, śmietankowe, jagodowe, truskawkowe, z prawdziwymi owocami.
Rynek ma w sobie spokój sycylijskich miasteczek, choć architektura jest tu zupełnie inna - dominują charakterystyczne góralskie skosy i spadziste dachy. Szczególnie ciekawe są stare, drewniane domy w południowej części. Blisko stąd do XIV-wiecznego kościoła Wszystkich Świętych z polichromiami przedstawiającymi sceny z życia św. Barbary, które odkryto przypadkiem dopiero w ubiegłym stuleciu.
***
Zaczynamy od klasycznej trasy na Trzy Korony (982 m), mijając po drodze pobielaną kapliczkę św. Rocha z 1710 r., postawioną dla odwrócenia morowej zarazy, która niemal wyludniła Krościenko. Początkowo podejście jest dość strome, ale kiedy przejdzie się kamienistą drogę, nagrodą jest widok z góry na fragment doliny Dunajca i panoramę miasteczka. Dalej idzie się już łatwo, trochę jak po alejkach parkowych. Założony w 1932 r. Pieniński Park Narodowy był pierwszym parkiem narodowym w Polsce. Latem przy szlaku na Trzy Korony siedzi opatulona w chustkę babcia, sprzedając kompot i zsiadłe mleko. Dziś jej tu nie ma - może jesteśmy za wcześnie, a może o tej porze roku brak chętnych na zimne napoje? Przystanek robimy niedaleko Pienińskiego Potoku. Można zanurzyć dłonie w źródełku i spróbować krystalicznie czystej wody.

Żółty szlak prowadzi nas prosto na Trzy Korony - pięć wapiennych skał wygląda z daleka jak z bajki o potworach zaklętych w kamienie. Trzy najwyższe to Okrąglica, Ganek i Pańska Skała. Taras widokowy zbudowano tylko na Okrąglicy. Nie jest duży, czasem trzeba czekać na wejście. Tym razem jednak jest tylko para zakochanych i ojciec z kilkunastoletnim synem. Sprzeczamy się, czy XVIII-wieczny mnich brat Cyprian z Czerwonego Klasztoru rzeczywiście skoczył z Trzech Koron i przeleciał nad Dunajcem, chcąc wypróbować skonstruowane przez siebie drewniane skrzydła. Jutro wybieramy się na Słowację, gdzie spróbujemy się dowiedzieć czegoś więcej o tym słynnym zakonniku aptekarzu z klasztoru kamedułów. "Zielnik Brata Cypriana z Czerwonego Klasztoru" (wyd. PAN 1991) w opracowaniu Zofii Radwańskiej-Paryskiej zawierający opis 282 roślin z rejonu Tatr i Pienin przechowuje Muzeum Narodowe w Bratysławie. Jego biografia zainteresowała także filmowców. Słowacka reżyserka Mariana Cengel-Solcanska przeniosła na ekran niezwykłą historię mnicha. Film "Lietajuci Cyprian" ma wejść do kin w przyszłym roku, jedną z głównych ról zagra Paweł Małaszyński.
Do Krościenka wracamy niebieskim szlakiem przez Zamkową Górę (779 m). W tym niedostępnym miejscu w XIII w. zbudowano zamek. Podobno wzniósł go dla swej żony Kingi Bolesław Wstydliwy, ona zaś znalazła tu schronienie przed Tatarami. Dziś oprócz ruin dawnej komnaty, pozostał 90-metrowy mur obronny. Wchodząc na punkt widokowy po mokrych od deszczu metalowych szczeblach, zastanawiamy się, w jaki sposób udało się budowniczym wznieść ogromną warownię tak wysoko. Nie jest to najwyższe wzniesienie w Pieninach, ale od przepastnej doliny rozciągającej się pod Zamkową Górą trudno oderwać wzrok. Łatwo zrozumieć, dlaczego to skłaniające do kontemplacji miejsce upodobali sobie pustelnicy. Na początku ubiegłego wieku stał tu drewniany domek, w którym kolejno zamieszkiwali. Ostatnim pustelnikiem był Wincenty Kasprowicz. Spędził w tym miejscu ponad 20 lat, śpiąc w wieku od trumny. Wyprowadził się, kiedy w 1949 r. piorun spalił chatkę. Żartujemy, że uznał pożar za boski znak, aby powrócić do świeckiego życia. W tym miejscu lepiej jednak nie dowcipkować - tuż przy zejściu z drabinki obok kapliczki stoi posąg świętej. Patrzy srogo, jakby chciała, byśmy uszanowali tajemnice tych gór.
Idąc niebieskim szlakiem, przechodzimy przez kolonię buków - na ziemi dywan z brązowych liści. Buki rosną też dalej, na żółtym szlaku prowadzącym w dół do Krościenka.
Kolację jemy w restauracji Przełom, kiedyś pierwszej mordowni Podhala - spotykali się tu flisacy po skończonym spływie. Na ścianach kilka sporych poroży, blisko baru stoi ogromny wypchany wilk, podobno ten sam od 20 lat. W karcie duży wybór tradycyjnych dań, jak placek po zbójnicku, kluski, kwaśnica.
***
Wstajemy o świcie - dzisiejsza trasa będzie najdłuższa z zaplanowanych, a jesienią zmrok zapada szybko. Zaczynamy od podejścia z Krościenka na Sokolicę (747 m). Mamy szczęście, że ostatnio nie padało, bo szlak jest bardzo stromy i śliski. Na samej Sokolicy można się chwycić zabezpieczających barierek, a podchodząc do krawędzi, lepiej ich nie puszczać - kiedy spojrzymy w dół, może zakręcić się w głowie. Do końca października za wejście na Sokolicę trzeba zapłacić, podobnie jak na Trzy Korony (jeśli chcemy zdobyć je w ciągu jednego dnia, wystarczy jeden bilet za 4 zł lub ulgowy za 2, od listopada do kwietnia wstęp wolny). Urzekający jest stad widok na przełom Dunajca, który z tej wysokości wygląda jak wijąca się niebieska wstążka.
Ten kamienny szczyt warto odwiedzić także dla rosnącej tu sosny reliktowej. Samotne drzewo wystaje ze skały, jakby przyglądało się płynącym potokiem tratwom (najczęstszy motyw na pocztówkach z Pienin). Schodzimy w dół do Szczawnicy, zastanawiając się, czy uda nam się pokonać Dunajec. Na szczęście od kwietnia do końca października działa tutaj przeprawa - przepłynięcie tratwą na drugi brzeg kosztuje 1,5 zł (dzieci do lat dziesięciu - 80 groszy). Z przystani wychodzimy na asfaltową drogę i mijamy turystyczne przejście graniczne ze Słowacją. Trasa zwana Drogą Pienińską służy głównie jako ścieżka rowerowa - przyjemnie nią iść po stromym podejściu na Sokolicę. Przyglądamy się skale zwanej Wylizana, która wznosi się bardzo stromą ścianą ponad dno Leśnickiego Potoku. Jej dziwna nazwa pochodzi stąd, że ma kilka nieckowatych wgłębień wymytych przez wodę, co w góralskiej gwarze określa się mianem "wylizanie". Trasa prowadząca wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru jest niezmiernie malownicza. Wysokie kamienne skały wyrastają jakby wprost z potoku. Ta 9-kilometrowa droga to jednocześnie trasa spływu przez płynący pod nią Dunajec. My pokonujemy ją pieszo, patrząc, jak wartki nurt niesie tratwy płynących z przeciwka flisaków.
W Czerwonym Klasztorze zaczynamy od słowackiego piwa w kawiarni na dziedzińcu. Dawny klasztor kamedułów podupadł, ale wciąż robi wrażenie. Na obszernym podwórcu zachowały się kamienne ruiny kilku eremów. Pobielany domek przeora odbudowano na oryginalnych fundamentach, więc można zwiedzić piwnice. Jedyny w całości zachowany domek z dormitorium i oratorium stoi przy kościele św. Antoniego. W środku cela poświęcona aptekarskiej działalności braci - stara waga, buteleczki, przyrządy do sporządzania mikstur, na ścianach wiszą suszone zioła. W klasztorze mieści się muzeum ze zbiorami sztuki sakralnej, a także etnograficznymi z Zamagurza Spiskiego. Z dziedzińca widać piętrzące się za murami góry - z tej perspektywy Trzy Korony wyglądają najlepiej.
Kilka lat temu podobna pętla z Krościenka przez Czerwony Klasztor i z powrotem nie byłaby możliwa, chyba że wpław przez Dunajec. Dzięki traktatowi z Schengen i kładce łączącej Słowację ze Sromowcami Niżnymi szybko można znaleźć się po polskiej stronie. Robi się coraz później, więc rezygnujemy z herbaty w drewnianym schronisku u wylotu doliny Potoku Szopczańskiego. Idąc w górę, trafiamy na łąkę, gdzie baca sprzedaje oscypki. - Owcze? - pytam naiwnie, bo przecież wkoło pasą się tylko krowy. - Miesane, poni, miesane - odpowiada bez zająknięcia.
Widać już Wąwóz Szopczański. Ta jedna z najciekawszych dolinnych tras turystycznych w Pieninach ma w sobie coś z atmosfery "Pikniku pod Wiszącą Skałą" Petera Weira. Kamienisty wąwóz i wysokie strome ściany w połączeniu z przedwieczorną mżawką sprawiają, że rozglądamy się na boki, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że wysokie skały to istoty obdarzone duchem. Wchodzimy do cienistego lasu, przez który prowadzi kręta droga aż do przełęczy Szopka. Jesteśmy już na znanej nam polanie, którą wczoraj przecinaliśmy przed podejściem na Trzy Korony. Dopiero teraz dostrzegamy trochę już wyschnięty gwiaździsty dziewięćsił, którego kwitnienie zwiastuje nadejście jesieni. Jego pierzaste liście tworzą niezwykłą rozetę. W tej okolicy rośnie też dużo rzadszy aster alpejski, pozostałość tundry z epoki lodowcowej. Kiedy dochodzimy do Krościenka, zapada zmierzch. Nasza dzisiejsza trasa była trochę zbyt ambitna - przez dziesięć godzin (z przystankami) przeszliśmy 21 km. Następnego dnia, łamiąc postanowienie, że będziemy poruszać się tylko pieszo, jedziemy busem do Niedzicy.
Ta wieś w Pieninach Spiskich szczyci się okazałym zamkiem. Potężne mury wzniesione na początku XIV w. przez węgierskiego rycerza Berzeviczy'e kryją niejedną tajemnicę. Najbardziej poruszająca jest historia związana z tzw. testamentem Inków. W XVIII w. Sebastian Berzeviczy'e poślubił na emigracji w Peru peruwiańską szlachciankę. Ich córka Umina wyszła za mąż za bratanka ostatniego potomka rodu Inków, Tupaca Amaru. Niedługo potem małżonkowie musieli uciekać do Europy. Żądni złota hiszpańscy najemnicy dopadli ich jednak i tutaj. Jego zasztyletowali w Wenecji, Uminę zamordowali w Niedzicy, gdzie uciekła z synem. Sebastian adoptuje wnuka, a informacje o skarbie zatopionym w Andach, który jest częścią spadku chłopca, ukryto na terenie warowni. W 1946 r. pod stopniem schodów prowadzących do zamku górnego znaleziono ołowianą tuleję zawierającą pęk rzemieni z kipu, węzełkowym pismem Inków. Inkaskiego szyfru nikt jednak nie zdołał odczytać. Na rozwikłaniu tajemnicy szczególnie zależało potomkowi rodu Andrzejowi Beneszowi. Zginął on jednak w wypadku samochodowym, co ma jakoby świadczyć o klątwie inkaskich kapłanów...
Spacerujemy nad leżącym nieopodal Zbiornikiem Czorsztyńskim (powstał w latach 90. XX w.), podziwiając stąd Tatry, które przy tak dobrej pogodzie jak dzisiejsza przypominają imponującą rozmachem fototapetę. Na brzegu jeziora cumuje statek wycieczkowy "Biała Dama", którym można popłynąć w kilkukilometrowy rejs. My, chcąc pogłębić naszą wiedzę o węgierskiej historii regionu, wybieramy się na Polanę Sosny. Stoi tu modrzewiowy dwór przeniesiony z Grywałdu, gdzie próbujemy dań kuchni węgierskiej, nawiązującej do dworskiej tradycji sprzed stu lat. Pyszna jest zupa rybna halaszle i kołduny w rosole. Warto też zamówić kotlety debreczyńskie z pikantnymi kabanosami, a na deser orzechowe naleśniki a la Gundel (niektórzy przyjeżdżają na obiad aż z Krakowa) - wszystko przygotowane pod czujnym okiem szefa kuchni Krzysztofa Ciężobki.
Przed powrotem do Krościenka wpadamy na targ. W każdy poniedziałek zjeżdżają się nań góralki z całej okolicy. Można kupić bundz, świeże jajka i ciepłe kapcie. Obowiązkowo trzeba się potargować, albo choć zamienić kilka słów, bo ludzie są tu rozmowni i serdeczni. Od jednego ze sprzedawców dowiedziałam się o pochodzącym ze Szczawnicy, nieżyjącym już miejscowym pisarzu noszącym dźwięczne nazwisko Michał Słowik-Dzwon, który całą swoją twórczość poetycką i dramaturgiczną poświęcił Pieninom. W internecie znalazłam taką oto strofę pienińskiego poety: "Pieniny, one kcą miłości... To trza je miłować jak swe młode roki...".
fot:Julia Nowak- Łapińska
|
<< Wszystkie kategorie
|
|
|
|
| | | | | | Teksty i zdjęcia opublikowane w serwisie www.pieniny24.pl są chronione prawem autorskim. Wykorzystanie materiałów możliwe wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody Redakcji |
| |
|